wtorek, 16 września 2014

Everything is better love story

  Wczoraj wieczorem przypomniało mi się jak przytoczywszy w rozmowie książkę "Małe zbrodnie małżeńskie" powiedziałam, że to gniot; dziś jak tylko przyszłam do domu przeczytałam ją po to, żeby się utwierdzić, a później przyszło mi do głowy, że nie lubię książek o miłości. Szybko zaczęłam wymyślać książki o miłości, które przeczytałam (oprócz takich sztampowych jak "Romeo i Julia", nic nie ujmuję tej historii, ale każdy na pewno przewałkował ją już trzy razy i nawet jeśli nie grzeszy żadną wiedzą o Szekspirze, to i tak dokładnie wie o co chodzi i zna wszystkie motywy literackie, ave polskie szkolnictwo).
  "Ulisses z Bagdadu" autorstwa Schmitta (Kosa, przeczytaj to). Schmitt to jeden z moich ulubionych autorów tak w ogóle i to on napisał "Małe zbrodnie małżeńskie" ("Oskara i Panią Różę" też, jeśli ktoś miał nadgorliwą nauczycielkę od polskiego i przerabiał jako nadobowiązkową lekturę, a jeśli nie miał to i tak powinien przeczytać), dlatego wydawało mi się, że to super książka, no i dlatego, że mogłam ją odnieść do siebie; dziś jak przeczytałam ją na chłodno doszłam do wniosku, że nie jest aż takim gniotem, bo niesie za sobą pewne przesłanie, aczkolwiek to nie jest jedna z lepszych książek Schmitta. Wracając do "Ulissesa z Bagdadu" to właściwie nie jest to książka o miłości tylko i wyłącznie, raczej o tym, jakie życie potrafi być okrutne i niesprawiedliwe, a w tle jest motyw miłości. To dość smutna książka, ale podobała mi się. 
  Kilka dni temu skończyłam opowiadanie "Mój śmiertelny wróg" i to też było o miłości, ale nie włożyłam zbyt wiele serca w pojęcie przesłania tej książki; jeszcze trochę wcześniej było opowiadanie "Córka Szmaciarza", które podobało mi się bardzo, ale smutno się skończyło.
  Przeczytałam "Powrót na Route 66" z zamiłowania do podróży i motywu chopperów, drogi, wolności i myślałam, że te motywy zostaną zgrabnie wplecione w historię miłości staruszków, którzy borykając się z chorobami jadą odbyć swoją ostatnią podróż Route 66. Rozczarowałam się, bo główna bohaterka nie przypadła mi do gustu a książka skończyła się dziwnie i ogółem to nie podobała mi się.
  Wstyd się przyznać, ale przeczytałam "Jak być kochaną" Brandysa. Opowiadanie o kobiecie która w czasie wojny przez pięć lat ukrywała mężczyznę, którego kochała, znosząc dla niego szereg upokorzeń (np. gwałty ze strony Niemców). Po wojnie została ukarana, a ten facet nawet jej nie podziękował. Po kilku latach ona go odszukała i wzięła do siebie do domu naiwnie licząc, że ją pokocha, on natomiast zabił się w pokoju obok, skoczył z okna doprowadzając ją do psychicznej ruiny. Matko, to był dopiero gniot. Nie mam pojęcia jak znalazła się u mnie w domu, zaciekawił mnie tytuł chyba. "Jak być kochaną". Odłożyłam ją na półkę, a później ktoś się zainteresował, spytał o czym to - nie wiem, nie czytałam. Przeczytałam ją kilka dni później, bardzo się męczyłam i nigdy więcej nie wezmę jej do ręki, choć to zbiór opowiadań i może inne są lepsze.
Poświatowska
  Przeczytałam "Opowieść dla przyjaciela" Poświatowskiej (to też przeczytaj). Naprawdę mi się podobała. Byłam (i jestem nadal) oczarowana tą książką, ponieważ bardzo lubię Poświatowską, choć jej poezja jest trudna. Opisała tam swoje życie i wplotła w to historię swojej miłości oraz miłości niewidomego przyjaciela do niej, zmaganie się z chorobą i umieranie na serce. 
  Przeczytałam "Biała jak mleko, czerwona jak krew" dosyć dawno temu, ale ją zapamiętałam. To taka historia podobna do "Gwiazd naszych wina" i chociaż nie lubię takich książek, to ta bardzo mi się podobała, była pisana z perspektywy chłopaka zakochanego w umierającej dziewczynie.
  Przeczytałam "Dziewczynę z Pomarańczami" i też bardzo mi się podobała, bo była dość filozoficzna, stawiała fundamentalne pytania dotyczące życia.
  Aaaa! Przeczytałam jeszcze wszystkie części "Zmierzchu"!!! Z pełną świadomością i czystym sumieniem mogę mówić, że "everything is better love story than twilight", no, chyba że 50 twarzy Greya.
  Wniosek jest taki, że to wcale nie tak, że nie lubię książek o miłości. Po prostu autor musi być naprawdę genialny żeby stworzyć dobrą książkę o miłości, która nie będzie bzdurką dla nastolatek lub bzdurką dla starzejących się starych panien, no i wypadałoby, żeby po przeczytaniu dobrej książki o miłości można było snuć jakieś refleksje, a nie tylko zapoznać się z historyjką. Nie ma wielu takich książek o miłości, niestety zdecydowana większość to gnioty, za które nawet się nie brałam, bo sam opis wystarczył mi, żebym odskoczyła jak oparzona. 

  Wcale nie miałam zamiaru recenzować książek, ale to wychodzi mi najlepiej, więc chyba tego będę się trzymać, chociaż wtedy mój blog będzie taki... zaszufladkowany... Nieważne, to wyjdzie w praniu. Jeśli moje życie polega na czytaniu i spotkaniach ze znajomymi to właściwie tematyka bloga jest oczywista.

Błagam, po co ktoś pisze w komentarzach takie bzdury? Jeśli już liczę na jakikolwiek komentarz to odnośnie treści, a nie tego, że "ładna ze mnie dziecina".

Dobra, to teraz najbardziej ckliwa piosenka o miłości: http://youtu.be/pxHl3gr-WMM ♡♡♡


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz