poniedziałek, 22 września 2014

Mężczyźni to dranie i ciężko o nich zmienić zdanie

  Przysięgam, przysięgam, że już nigdy nie napiszę posta "kiedy będę miała ochotę". Jakbym miała dodawać każdy post, "bo mam ochotę" to wyszłoby z tego bloga wysypisko bzdur. Po ostatnim okrutnym, okrutnie prawdziwym i nieanonimowym, niezawistnym i porządnym komentarzu przeanalizowałam swoje postępowanie, posłałam się do kąta i obiecuję poprawę, bo "mój blog musi być z klasą". 
  Zupełnie niechcący przeczytałam dziś książkę "Kwiaty od Artiego" i dawno nie natknęłam się na taką pierdołę. Nie, nie, zaraz. Natknęłam się na "Powrót na Route 66". Obie te książki są do siebie bardzo podobne. Kiedy już zaczynałam wierzyć, że "Kwiaty od Artiego" to książka do zniesienia: jeb! epizod wytrącający mnie z równowagi. Historia kobiety, która zakochuje się w 18 lat starszym mężczyźnie, po czym odkrywa, że ją zdradzał, że zawsze miał kogoś na boku. Przed ślubem, po ślubie, i tak dalej. Oczywiście ucieka od niego, zostawia go i wraca, bo mąż umiera. O ironio, umiera NA SERCE! Umiera szybko, ale ma czas na uporządkowanie spraw. Pogodzenie się z żoną i stawienie czoła każdej ze swych "ukochanych" jak to je określa. Okropny z niego dupek - nawet nie mówi, że były jego kochankami, laseczkami na boku, typiarami z którymi sypiał, nie, były jego "ukochanymi". Oprócz tego musi jeszcze rozmówić się z synem, który okazuje się nie być jego synem tylko randomowym typkiem, wrobionym przez matkę-pijawkę, która żerowała na alimentach. Tak więc jest Artie - umierający; jego żona Lucy; jej matka Joan; jego niby-synalek, tonący w długach John; kochanka ćpunka, której uratował życie, a teraz próbuje odebrać swoje dziecko despotycznym rodzicom, co wstydzą się córki lumpiary - Elspa (co to za imię? brzmi jak choroba); Eleanor, kulawa wdowa, która została porzucona, gdy Artie poślubił Lucy; i oni wszyscy się w sobie nagle zakochują. To znaczy, nagle czują potrzebę żeby sobie nawzajem pomóc, Joan (też wdowa) pomaga Eleanor, Lucy pomaga Elspie odzyskać córkę, John pomaga Lucy z Artiem, zakochując się w niej, a wszyscy pomagają Artiemu w "godnym" umieraniu. Chodzi o to, żeby sukinkota czegoś nauczyć - tego, że jest draniem, dupkiem, okrutnikiem, że tyle kobiet załamał. Cała książka traktuje o tym, żeby nauczyć czytelnika, że można kogoś czegoś nauczyć i kiedy tak właśnie sobie pomyślałam i skarciłam się w myśli za "ocenianie książki po okładce" i wysnułam wniosek, że może pod tą kiepską, sztampową historią kryje się przesłanie, że poświęcając komuś wystarczająco wiele czasu i miłości można go nawrócić, padają słowa tego dupka Artiego: Obawiam się, że znowu złamałbym ci serce. 
  Więc taki ma być przekaz tej książki? Że niezbyt spełniona kobieta, której jedynym osiągnięciem życiowym jest usidlenie pięćdziesięcioletniego dziada zostaje przez niego wydymana? Taki jest przekaz? Że faceci to straszne dupki? Inna książka tej autorki to "Pożyczona miłość" - odrzuca mnie sam tytuł. I jaki mógłby być jej przekaz? Taki sam jak w "Kwiatach od Artiego"? Faceci się nie zmieniają, faceci to żałosne podłe kreatury. Idioci, których jedynym osiągnięciem może być znalezienie sobie kobiety, której można będzie z uniżeniem służyć i czerpać z tego jedyną satysfakcję dla swojego plugawego życia trutnia. Takie książki czytają albo feministki, albo poranione baby, albo stare panny, które chcą się przekonać, że nic nie straciły, że kot to dobry zamiennik faceta, choć sra w żwir albo młode dziewczyny, które zaczynają taki właśnie obraz faceta sobie tworzyć. Nie żebym broniła jakoś tej wynędzniałej skretyniałej rasy (to żart, mam nadzieję, że złapaliście), ale zwyczajnie uważam, że takie książki podburzają obraz mężczyzny jako osoby dobrej, utrzymującej rodzinę (trzeba dodać, że ojciec Lucy ją porzucił, a Artie sam był niedoszłym-porzucającym-ojcem), kogoś kto jest porządny i jest oparciem w trudnych chwilach. Chyba właśnie takiego faceta chce mieć każda dziewczyna? Porządnego, dobrodusznego chłopaka, gotowego ją wspierać, nie dupka, oglądającego się za loszkami. To dlaczego propaguje się obraz tego drugiego, a nie tego pierwszego? Bo to niemodne? Nie rozumiem. Nie ma mowy o spotkaniu porządnego faceta jeśli takich obrazów nie zacznie się propagować, wszystko bierze się z czegoś, jeśli więc książki traktują o dupkach to wszystkie kobiety będą tak nieufne, że napędzając cały mechanizm swą podejrzliwością zmienią faceta w znudzonego, sfrustrowanego kolesia, szukającego ucieczki od zaborczej żony u ładnej sekretarki z małym noskiem. Jasne, zdarzają się faceci tak pragmatyczni, że spotykają się z kilkoma na raz, żeby upewnić się która jest najlepsza, lub żeby każda coś mu zapewniła, ale na pewno nie jest ich porażająco dużo. Dziwne nowomodne wytyczne kreują nam kretyna zamiast faceta i wcale mi się to nie podoba. Jest niezależna babka i charyzmatyczny typek i oboje stanowią rozwiązłą relację nazywaną 'wolnym związkiem'. Quo vadis, świecie?!


  P.S. Jedyne co mnie bawiło w tej książce to zdebilała, irracjonalna historia psa matki Lucy, który miał tak długiego psiego fiutka, że ocierał nim o ziemię na starość, więc trzeba było mu uszyć wełnianą uprząż i tylko się spierali czy jest to psia bielizna erotyczna, czy też ochraniacz psich genitaliów. Matko, to jest tak niedorzecznie śmieszne, że nie wiem, czemu w tym momencie nie porzuciłam lektury tłumacząc sobie, że autorka tej książki ma nie po kolei we łbie...
No, może jeszcze rymowane tytuły rozdziałów jak np. "Czym jest miłość? Kto mi to powie? Mam ogromny mętlik w głowie" albo "Nawet jeśli seks do rzeczy, facet trosk twych nie uleczy" lub "Kobieta zagubiona rzuca się w męskie ramiona", hahahahahahaha. 








To mój jedyny wyjątek - Jim Morrison, on był okropny dla swoich kobiet, ale miał coś co go usprawiedliwia, coś czego nie ma żaden inny facet. Nie chodzi o pieniądze, czy to jak wyglądał. Miał tożsamość Króla Jaszczurów, Mr. Mojo Risin'.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz