Jeszcze kilka godzin temu nie miałam pomysłów na następny wpis i zmieniło się to zaledwie w ciągu jednego wieczoru. Muszę się pochwalić że wróciłam do domu dopiero kilkanaście minut temu (jest 1:20). Korzystam z weekendów tak bardzo, jak tylko mogę. Gdy nadchodzi wyczekany piątek nie wyobrażam sobie kisić się w czterech ścianach, choć ja bardzo lubię moje ozdobione ściany. Jest to absolutnym przeciwieństwem zeszłorocznej jesieni, (jak już pisałam, mimo wszystko wspominam ją z sentymentalnym uśmiechem) którą spędziłam w domu izolując się na każdy możliwy sposób, o czym wspominałam na poprzednim blogu. Obie opcje są okay, bo fajnie czasem pobyć samemu tylko z herbatą, tabliczką czekolady (opcjonalnie) i jakąś książką lub filmem, ale posiadanie paczki znajomych, z którymi można się spotkać wieczorem (w nocy) to naprawdę coś! Współczuję tym, którzy jedyny kontakt jaki mają ze znajomymi to w szkole. Beznadziejny wstęp; nie o tym chciałam pisać. Ach, ta wielowątkowość. Czasem mam tak, że opowiadam jakąś historię, bo pasuje do tematu rozmowy, a nie dość że odbiegam od niego to jeszcze zapominam, co było głównym celem opowiadania jej.
W każdym razie, to o czym chciałam napisać to zdanie, które powiedział mi dziś Kosa: "chodzi o to, żeby zmieniać świat, a nie żeby świat zmieniał ciebie". Bardzo mi się to spodobało. Właśnie tak ma wyglądać to co robię i to co pewnie kiedyś będę robić. Nigdy nie poddawajcie się wpływom otoczenia. (Nie mówię tu o otoczeniu, które ma jakieś znaczenie, jak np. dobrzy znajomi, bo fajnie jest usłyszeć konstruktywną krytykę, ale dla nich wcale nie trzeba się aż tak zmieniać, bo lubią nas takimi jakimi jesteśmy i za to jacy jesteśmy i pomimo to jacy jesteśmy.) Mówię bardziej o takim otoczeniu jak szkoła. Nie ma znaczenia pozycja w społeczeństwie, do którego przynależność jest odgórnie przykazana, bo chociażby do szkoły chodzi się po to, żeby się uczyć a nie świetnie bawić, więc nie ma potrzeby zmieniania się, żeby taką pozycję w jakikolwiek sposób osiągnąć, a zmienianie świata to świetna fucha. Jak mawiał John McClane ze Szklanej Pułapki: "bycie bohaterem to ostatnia rzecz na jaką mam ochotę, ale nie ma innego wyboru, bo nikt inny nie jest w stanie się tym zająć".
Kolejną rzeczą o jakiej chcę napisać jest to, że
dziś byłam w kościele na comiesięcznym spotkaniu "Dotknij Jezusa" i mówiliśmy o miłości. Nie chcę się nad tym za bardzo rozwodzić, chcę tylko napisać jeden wniosek, być może oczywisty, który wyciągnęliśmy na tym spotkaniu. Czym jest miłość? Kochanie, nie krzywdź mnie. Nie, no, żartuję. Co to jest miłość? Na pewno nie jest to uczucie, ponieważ uczucie jest chwilowe i potrzebuje zewnętrznego bodźca. O ile zakochanie czy zauroczenie potrzebuje bodźców, tak miłość nie, bo jest postawą i taka prawdziwa porządna miłość z prawdziwego zdarzenia trwa wiecznie, wiem coś o tym (pozdrawiam mamę i tatę).
To jest trzeci post wciągu trzech dni i sama się dziwię sobie, że tak piszę namiętnie, ale możliwe, że za dwa-trzy tygodnie nie dodam posta przez dłuższy okres czasu... Zobaczymy, na razie jest okay. Ach, to nocne natchnienie. W nocy bardzo dobrze się pisze. Zresztą, rozmawia też :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz